Pamięć ciała
Freikörperkultur aka kultura nieskrępowanego ciała aka nudyzm ma w Niemczech długą tradycję i od lat ‘60 cieszy się niemalejącą popularnością. Wedle statystyk ⅓ Niemców przynajmniej raz opalała się nago w (przeznaczonym do tego) miejscu publicznym. Ponad połowa narodu widok golizny na plaży uważa za naturalny, co czyni naszych zachodnich sąsiadów najbardziej tolerancyjnym dla zrzucania ciuchów krajem w Europie. Niemieckie stowarzyszenie naturystów DFK, podlegające olimpijskiemu związkowi sportowemu DOSV, liczy 50 tysięcy członków. Klub promuje sport (wędrówki, biegi, kolarstwo, siatkówkę etc.) i turystykę (rejsy, campingi, festyny). To wszystko, rzecz jasna, bez gaci.
W samym Berlinie jest 6 oficjalnych naturystycznych plaż. Podobnych miejsc zwolennik nagiej rekreacji znajdzie tu jednak wiele więcej. To określone łąki w parkach, sauny, tureckie hammamy. Osobną kategorię stanowią kluby. Zdarzyło mi się w całkiem zwyczajnych dyskotekach widywać starszych panów, li i jedynie w kapelusiku. Nigdy nie poniosło mnie na fetysz party w Kit Kacie, ale od znajomych wiem, że przypominają one rzymskie bachanalia. Basen obok parkietu zachęca do nie krępowania ciała tekstyliami, przy czym wielu bywalców tych imprez dobrowolnie daje się krępować na inne sposoby.
Wracając jednak do bardziej familijnej wersji Freikörperkultur: w samym Berlinie i kilku miastach satelitarnych działają termy. Skalą odpowiadające aquaparkom, ale nastawione wyłącznie na wellness. Zimą, w ramach zaległego prezentu urodzinowego odwiedziłam z Natalią Kristallthermen w Ludwigsfelde.
Gość tego przybytku, po przekroczeniu typowych dla parków wodnych, zautomatyzowanych wrót na karnet i rozebraniu się w konwencjonalnej garderobie, wkracza w dość niecodzienną przestrzeń. Mogłabym zacząć od ogromnych kryształów pozostawianych po kątach albo od mozaikowego pawia na ścianie korytarza, ale tym, co rzuca się w oczy debiutanta jest - naturalnie - natężenie nagości. Dziesiątki golasów: rodziny, single, starzy ludzie. Paradoksalnie, tylko niemowlęta nie korzystają z term tak, jak je matka na świat wydała. Obowiązuje je dresscode: pampers.
Widok takich ilości odsłoniętych stref intymnych szybko powszednieje. Po kilku minutach porzucamy szlafroki i gazety przy leżakach, i udajemy się w stronę tablicy z harmonogramem atrakcji (aroma-ceremoniały, aqua aerobik, masaże). W Kristallthermen funkcjonuje kilkanaście saun. W jednej zawsze pachnie cytryną, w innej - kawą, w jeszcze innej - sianem; w kilku utleniają się kryształy górskie, ametysty, kwarc. Dla chcących zanurzyć się głębiej w opary ezoteryki jest sauna pod wezwaniem Hildegard von Bingen, której gość poddawany jest promieniowaniu kamieni szlachetnych oraz treści audiobooka o prozdrowotnym działaniu tychże (autorstwa rzeczonej Hildegardy). Decydujemy się na rytuał dla pań, za pół godziny, w Saunendorf, czyli w jednym z drewnianych domków na zewnątrz głównego budynku. Czas pozostały do rozpoczęcia ceremoniału spędzamy w basenie. A właściwie w trzech. (Spaja je kiczowaty landszafcik: wysepka z systemem grot, wodospadem i wzorowanymi na antyk rzeźbami). W najcieplejszym odkrywam półwysep baru, którego goście, zanurzeni po nagą pierś w wodzie, popijają alkohole. Podczas gdy drinki dbają o lekkie głowy, ciężaru ciałom ujmuje natężenie soli w basenie.
Tymczasem pora na nasz rytuał. Trzeba wyjść na zewnątrz, w szarą bezśnieżną styczniową aurę, o której istnieniu już prawie zdążyłam zapomnieć. Przemykamy po zimnych kamieniach między reprodukcjami rzeźb greckich kapłanek, w stronę “wioski saun”.
Między drewnianymi chatkami, w szeregu stoją nagie kobiety. Mowa ich ciał nie komunikuje, bynajmniej, odprężenia. Blade, przestępują z nogi na nogę. Jest im zimno. Czekają w kolejce do mężczyzny, który nakłada coś w ich, złożone w czarkę, dłonie. Potem, jedna po drugiej, znikają w łaźni. Oszołomiona i zafascynowana tą sceną sama ustawiam się w kolejce. Kilka minut później zajmuję miejsce na drewnianych trybunach otaczających kryształowy piec. W sali wciąż przybywa dziewczyn. Czekamy. Ktoś zamyka drzwi.
Cała ta scena z tropikalnego tripu transportuje mnie w zupełnie inną wizję. Przeczytałam w okresie dojrzewania zbyt wiele literatury obozowej, żeby nie mieć teraz wiadomego skojarzenia.
Na parkiet, wchodzi mistrz ceremonii, z grubym brzuchem, dobrotliwym uśmiechem, i ręczniczkiem w dłoni. Przedstawia się, i z wprawą zawodowego wodzireja zaczyna swój stand up: o tym, na czym polega rytuał, skąd pochodzi i jak działa krem, który rozdawano na zewnątrz, jakie właściwości mają olejki, które razem z parą wodną rozejdą się zaraz w powietrzu (sala chichoce). Następnie maestro przechodzi do polewania syczących, rozgrzanych kamieni i kręcenia młynków ręcznikiem. Z każdą falą ciepłego, pachnącego powietrza uchodzi ze mnie odrobina napięcia wywołanego zimnem i tym, mrożącym z lekka krew w żyłach, niby-deja vu sprzed chwili. Zza przymrużonych rzęs zauważam uboczny efekt manewrów mistrza-wodzireja: meksykańską falę z włosów. Wygląda to tak niepoważnie, że moje zadumanie znika prawie bez śladu.
Dopiero pisząc ten tekst dowiaduję się, że podczas II Wojny Światowej w Ludwigsfelde, przy fabryce silników dla niemieckiego lotnictwa funkcjonował obóz pracy przymusowej dla 1100 kobiet.
Niech żyje kultura wolnego ciała.

Komentarze
Prześlij komentarz