Wixa

Berlin znany jest ze swojej sceny techno (tego chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć). Nie ukrywam, że należę do jej amatorow i badaczy. Ostatnio - trochę z lenistwa, a trochę z ciekawości - sprawdzałam scenę klubową mojej dzielnicy, Wedding.

"Oh wie schön, dass du in den Brunnen gefallen bist. Jak miło, że wpadłeś do studni" - wita napis w windzie którą zjeżdżam do Brunnen70. Obsługuje ją hipsterski boy w meloniku. Siadam w głębi kabiny, na pikowanej kanapie, obok paprotki. Ze starego drewnianego odtwarzacza plumka garderobiane techno. Pod przesuwającymi się drzwiami kolejnych pięter, przebierają nogami chłopcy i dziewczęta z mocno przypudrowanymi nosami.
Pod ziemią niezmierzone przestrzenie. Trzy parkiety, a między nimi:
- wyciszona sala, w której kącie kilkanaście telewizorów, ustawionych jeden na drugim, wyświetla ten sam niemy film. Nadzwyczajne ilości foteli. Ludzie siedzą i gadają/oglądają,
- sala karaoke - zwixowani ludzie probują śpiewać,
- wielki drewniany 'wrak statku'- jak na placach zabaw, ale dostosowany do wymiarów dorosłych.
Nie mogę jednak dać Brunnen70 szóstki z wykrzyknikiem, bo nagłośnienie pozostawia tam wiele do życzenia. I nie ma czym oddychać.

"One of those dreams where you dream a building and it's somewhere you know but altered, full of strange magical new rooms"  - to z kolei przywitanie w Stattbad
(znów Wedding), otwartego w dawnym miejskim basenie. Szatnie robią tu za pracownie i galerie. Do klubu należą baseny i kotłownie. Przestrzeń jest surrealistyczna: podziemne ciemne labirynty, kafelkowo-sine wnętrza z horrorów i parkiet, który obniża się w miarę pogłębiania basenu. Dj jest na samym dnie (lol). Dla osób o moim wzroście - korzystna zmiana perspektywy.
[Update: Stattbad już nie instnieje, został wyburzony pod deweloperkę]

Jeden z berlińskich klubów, Golden Gate, poznałam w dość nietypowy sposób. Kilka lat temu, w majowy długi weekend odwiedziłam Berlin po raz pierwszy, z chłopakiem i znajomymi. Nie robiliśmy żadnego researchu, zwiedzaliśmy intuicyjnie i szczęśliwymi zbiegami okoliczności trafialiśmy ciągle w miejsca tak dobre, że wracam do nich do dziś. (Tak było np. z bistro o szczerej nazwie 'Falafel', zaraz obok Görlitzer Bahnhof. Polecam wszystkim). Z jednym miejscem nam nie wyszło: zapłaciliśmy, nie pamietam już jakie, ale straszne pieniądze za wejście do klubu, którego grupą docelową okazali się niemieccy nastolatkowie z upodobaniem do boysbandow. Sfrustrowani, wróciliśmy do (odkrytego wcześniej przypadkiem) Görlitzer Park. Na jednym z jego kranców, tym od Skalitzer Straße, jest niewielkie wzniesienie. Zbocze pokrywają tarasy.
Złożone z nieregularnych, wysokich na pół metra stopni.
W kształcie łuków.
Z betonu.
Nie dla mnie le parkour w ciemnościach - jak się pewnie domyślacie, spadłam owej nocy z tych gigantycznych schodów, co zmieniło mnie na kilka kolejnych godzin ..jakby w zombie. Nic z tego nie pamiętam. Przypominam sobie za to, że życiu przywrócił mnie inny trans: świadomość odzyskałam TAŃCZĄC na parkiecie Golden Gate, w środku fantastycznej imprezy.

Inna przygoda: zostałam zaproszona na przyjęcie urodzinowe. Było czarująco - piękne mieszkanie, ciekawi rozmówcy, spacer zielonymi dachami Berlina. Późną nocą wyruszyliśmy w miasto. Celem był squat, gdzieś na F-hainie. Byłam zaintrygowana, dopóki nie okazało się, że trafiłam na imprezę speedcore'ową.
Nigdy wcześniej czegoś takiego nie słyszałam. Chwila w otoczeniu tych dźwięków sprawiła, że zapadłam na depresję i opuściły mnie siły. Piwo wysunęło mi się z dłoni, a w oczach stanęły łzy.
Uciekłam
na powierzchnię i próbowałam odzyskać równowagę wewnętrzną. Wtem! wśród wychodzących z klubu dostrzegłam znajome twarze. Z ulgą zaproponowałam, żebyśmy wracali do domu. Niestety, okazało się, że chłopakom impreza bardzo się podoba, a wyszli zaczerpnąć tylko swieżego powietrza. To było ponad moje siły. Udalo mi się drżącym głosem powiedzieć:

- I think
I'm going to cry..

po czym padłam
w ramiona 18-letniego rugbysty, znajomego solenizantki. Po 15 minutach i zmoczeniu połowy rękawa jego bluzy, udało mi się uspokoić.
Powrót U-bahnem pełnym porannych poniedziałkowych ludzi był wisienką na tym urodzinowym torcie. Z traumy wyleczyło mnie 13 h snu. Tydzień później zgadałam się z kolesiem, który był na tej samej imprezie:

- We all did coke that night. Did you go to a speedcore party only drunk? That's insane!

To wiele wyjaśnia.

c.d.n.

Komentarze

Popularne posty