Zabiłam złotą rybkę ambasadora Kataru
Drugą pracą, jaką udało mi się zdobyć w Berlinie była posada pomocy domowej ambasadora Kataru.
(wcześniej stałam za barem w PL Barze, należącym - nota bene - do Turka. Tydzień spędzony w tym absurdalnym, strasznym i brzydkim miejscu zasługuje na osobną notkę)
Przez pół roku układałam w kosteczkę majtki od Versacego, uklepywałam poduszki na przepuszystych kanapach, polerowałam złote poręcze, podawałam (do stołu pokrytego, jak większość mebli, przezroczystą ceratą - WTF?) rarytasy gotowane mu przez marokańską kucharkę, odwoziłam ambasadorską córeczkę (która, nawiasem mówiąc, nazywała się tak samo jak popularna arabska stacja telewizyjna) na lekcje baletu i robiałm wiele innych satysfakcjonujących rzeczy.
Naturalnie, różnice kulturowe + mój wrodzony wdzięk sprawiały, że regularnie pakowalam się w tej pracy w sytuacje niezręczne.
Ambasadorstwo miało talent do kamuflażu - notorycznie ich NIE ZAUWAŻAŁAM. Madame (bo tak kazała się nazywać pani domu) zawinięta po uszy w hidżaby, skutecznie maskowała się wsród wzorzystych dywanów i szezlągów. Jej mąż, ubrany w piaskową sukienkę i dobrany do niej fez, bijący czołem o kremowe kafelki, na tle białych ścian też bywał niewidzialny! Zdarzało mi się, w związku z tym pytać, gdzie są, mając ich przed oczami albo odskakiwać przerażona nagłym ożyciem sofy.
Kilka razy byłam bliska nazwania ambasadorskiego syna Mohameda, Mahometem. To byłoby, zdaje się, grube fauxpas.. Jednak na największy gniew naraziłam się zabijając złotą rybkę córki ambasadora.
Pewnego dnia w ciemnej kuchni, na nieużywanym przez rodzinę pietrze marble house'u pojawilo się akwarium z dwoma złotymi karasiami. Przeprowadzka miała je uchronić przed wnukami ambasadora (na tyle trudnymi do opanowania, że na jedno dziecko przypadała jedna filipinska niania). To był piątek. Wiedząc o tym, że właścicielce rybek daleko do Świętego Franciszka (jej królikami zajmowały się securitasy), sypnęłam przed wyjściem do domu trochę prowiantu do szklanej kuli.
Następnego dnia rano odebrałam telefon z rezydencji. Jedna z rybek przekręciła się w nocy z przejedzenia. Przyjęłam tę wiadomość z udawanym spokojem, po czym pewnym gestem otworzyłam lodówkę, wydobyłam z niej zbłąkane po piątkowym wieczorze piwo i trzema łykami opróżniłam butelkę, odsuwając na chwilę stan lękowy wywołany perspektywą utraty pracy & socjalu.
Czynność tę powtarzałam do końca weekendu. W jednej z chwil trzeźwości obiecałam sobie, że jeśli stracę te robotę, zostanę autorką, a mają ksiażkę otworzy ta właśnie historia.
Moje obawy okazały się przesadzone. Rybka nie była małej Al Jazirze tak droga - w poniedzialek znalazłam jej śmierdzącego trupka w koszu na śmieci (stojącym - żeby było okrutniej - zaraz obok akwarium z jej ocałalym kolegą. Lub koleżanką).
(wcześniej stałam za barem w PL Barze, należącym - nota bene - do Turka. Tydzień spędzony w tym absurdalnym, strasznym i brzydkim miejscu zasługuje na osobną notkę)
Przez pół roku układałam w kosteczkę majtki od Versacego, uklepywałam poduszki na przepuszystych kanapach, polerowałam złote poręcze, podawałam (do stołu pokrytego, jak większość mebli, przezroczystą ceratą - WTF?) rarytasy gotowane mu przez marokańską kucharkę, odwoziłam ambasadorską córeczkę (która, nawiasem mówiąc, nazywała się tak samo jak popularna arabska stacja telewizyjna) na lekcje baletu i robiałm wiele innych satysfakcjonujących rzeczy.
Naturalnie, różnice kulturowe + mój wrodzony wdzięk sprawiały, że regularnie pakowalam się w tej pracy w sytuacje niezręczne.
Ambasadorstwo miało talent do kamuflażu - notorycznie ich NIE ZAUWAŻAŁAM. Madame (bo tak kazała się nazywać pani domu) zawinięta po uszy w hidżaby, skutecznie maskowała się wsród wzorzystych dywanów i szezlągów. Jej mąż, ubrany w piaskową sukienkę i dobrany do niej fez, bijący czołem o kremowe kafelki, na tle białych ścian też bywał niewidzialny! Zdarzało mi się, w związku z tym pytać, gdzie są, mając ich przed oczami albo odskakiwać przerażona nagłym ożyciem sofy.
Kilka razy byłam bliska nazwania ambasadorskiego syna Mohameda, Mahometem. To byłoby, zdaje się, grube fauxpas.. Jednak na największy gniew naraziłam się zabijając złotą rybkę córki ambasadora.
Pewnego dnia w ciemnej kuchni, na nieużywanym przez rodzinę pietrze marble house'u pojawilo się akwarium z dwoma złotymi karasiami. Przeprowadzka miała je uchronić przed wnukami ambasadora (na tyle trudnymi do opanowania, że na jedno dziecko przypadała jedna filipinska niania). To był piątek. Wiedząc o tym, że właścicielce rybek daleko do Świętego Franciszka (jej królikami zajmowały się securitasy), sypnęłam przed wyjściem do domu trochę prowiantu do szklanej kuli.
Następnego dnia rano odebrałam telefon z rezydencji. Jedna z rybek przekręciła się w nocy z przejedzenia. Przyjęłam tę wiadomość z udawanym spokojem, po czym pewnym gestem otworzyłam lodówkę, wydobyłam z niej zbłąkane po piątkowym wieczorze piwo i trzema łykami opróżniłam butelkę, odsuwając na chwilę stan lękowy wywołany perspektywą utraty pracy & socjalu.
Czynność tę powtarzałam do końca weekendu. W jednej z chwil trzeźwości obiecałam sobie, że jeśli stracę te robotę, zostanę autorką, a mają ksiażkę otworzy ta właśnie historia.
Moje obawy okazały się przesadzone. Rybka nie była małej Al Jazirze tak droga - w poniedzialek znalazłam jej śmierdzącego trupka w koszu na śmieci (stojącym - żeby było okrutniej - zaraz obok akwarium z jej ocałalym kolegą. Lub koleżanką).
Z rezydencją pożegnałam się z innego powodu, książki nie napisałam, ale czuję, że coś jestem tej rybce winna.
Zamiast pogrzebu - miejsce w sieci. R.I.P.

Komentarze
Prześlij komentarz