Gegessen

- Był maj, a ja byłam gruba - N. zaczęła swoją opowieść o tym, jak zdecydowała się kiedyś przejść na dietę.
Radosna eksploracja oferty kulinarnej miasta zaczęła działać na naszą niekorzyść, więc rozważałyśmy właśnie wprowadzenie Zasad. Niełatwo jest zachować umiar w miejscu, w którym mieszka - i gotuje - 190 nacji.. 
Paradoksalnie, łatwiej tu o bistro z azjatycką, czy z afrykańską, niż z niemiecką kuchnią. Stricte berliński jest currywurst - parówa (nie kiełbasa, jak wskazywałaby nazwa) posypana curry (jak nazwa wskazuje). Popularności tej potrawy nie rozumiem, może dlatego, że jeszcze nie byłam, i nie wybieram się, do tego muzeum.

- Turek pożydził mi flajsza w tym burku - poskarżyła się Asia przy śniadaniu.

Kuchnia arabska potrafi smakować...osobliwie. Bywa, że robi wrażenie perfumowanej, jest intensywna,  übertłusta, często słodka.
Börek, döner, falafel, halloumi i hummus to chyba najczęściej jadany, a na pewno najłatwiej dostępny streetfood w Berlinie.
- börek jest tłustym plackiem ze szpinakiem i kozim serem albo z mięsem,
- döner - to to, co nazywamy błędnie kebabem; kolejny berliński wynalazek,
- falafel - smażone w głębokim tłuszczu kulki z ciecierzycy z przyprawami,
- halloumi przypomina trochę oscypek, też smaży się go w głębokim oleju
- hummus - byl ostatnio w promocji w Biedronce ;)

Na tle takiej na przykład zupy z jagnięcia, wspomniana piątka ma dość neutralny, chociaż wciąż orientalny smak. Środkowo-europejskie podniebienie ze słabością do tłuszczów trans powinno być zadowolone. W trawieniu tych, wcale nie lekkich, dań pomaga tradycyjnie dodawany do nich kumin, czy świeża mięta. Niegłupie..

Polacy są czwartą co do wielkości grupą imigrantów w Berlinie. Ta proporcja nijak nie przekłada się na naszą obecność na scenie gastronomicznej miasta. Ale uwaga, idzie nowe. Przykłady z mojego najbliższego otoczenia: Obiady Czwartkowe Donalda i Julii albo pierogi Pana Kowalskiego - to inicjatywy promujące polską kuchnię w sposób dużo bardziej lekkostrawny, niż to robiono dotychczas.

Podczas gdy połowa Berlina zajada tani flajsz, reszta to wyznawcy różnych form kultu BIO. To tutaj po raz pierwszy zetknęłam się z ideą rolnictwa wspieranego społecznie. Polega ona na tym, że spółdzielnie umawiają się z rolnikami z regionu na dostawy sezonowych produktów, często same je transportują, sortują, przetwarzają. Cenowo, RWS nie ma szans równać się z masową produkcją. Ale te żadna Kauflandowa pomarańcza nie może się równać z tymi od hiszpańskiego rolnika, który w sezonie wysyła nam skrzynki swoich zbiorów. Lucyna mówi, że tak smakują pomarańcze nie zestresowane kapitalizmem. Słodko.

Komentarze

Popularne posty