Z pamiętnika młodego pariasa
Biedny, ale sexy - tak podsumował Berlin jego niedawny burmistrz, Klaus Wowereit (ten sam, który wyszedł z szafy na konwencji SPD przyznając, że jest pedałem, i tak też jest spoko). Całkiem trafnie.
Koszt życia w Berlinie jest niewielki. Przyzwoite M2 można wynająć już od 400 €. Za obiad w mieście, poza centrum, zapłacimy od 3,5 do 7 €. Chleb kosztuje 1/7 godziny pracy. Piwo jest tańsze, niż chleb. Po kieszeni może uderzyć komunikacja miejska: 2,70 € za jednorazową przejażdzkę. Normalny bilet miesięczny na wszystkie linie kosztuje prawie 80 €, kara za jazdę na gapę - 40 €.
O tutejszej ekonomii można powiedzieć:
Koszt życia w Berlinie jest niewielki. Przyzwoite M2 można wynająć już od 400 €. Za obiad w mieście, poza centrum, zapłacimy od 3,5 do 7 €. Chleb kosztuje 1/7 godziny pracy. Piwo jest tańsze, niż chleb. Po kieszeni może uderzyć komunikacja miejska: 2,70 € za jednorazową przejażdzkę. Normalny bilet miesięczny na wszystkie linie kosztuje prawie 80 €, kara za jazdę na gapę - 40 €.
O tutejszej ekonomii można powiedzieć:
- że od 2012 miasto zalicza wzrost gospodarczy na poziomie ponad 3% rocznie, a liczba zatrudnionych rośnie z roku na rok o ok. 2,5%
- że dzięki dobrej strukturze finansowania powstaje tu ogromna ilość udanych start-upów etc; miasto szczodrze wspiera przedstawicieli zawodów kreatywnych
- że nawet najbardziej śmieciowa umowa gwarantuje w Niemczech dostęp do bardzo dobrej opieki zdrowotnej i godnych świadczen w razie utraty pracy
Ale nie skłamię tez pisząc, że:
- prawie 12% mieszkańców Berlina jest na bezrobociu (to 4,6% więcej niż niemiecka średnia)
- cztery stołeczne, bardzo dobre uczelnie opuszcza rocznie 19 000 absolwentów. Dodajmy do tego aspirujących przyjezdnych, a otrzymamy największą koncentrację ekspertów w kraju
- najprężniej rozwijającymi się sektorami są usługi oraz hotelarstwo i turystyka
..czyli branże, które gwarantują prawdziwe hands-on experience w temacie polaryzacji społeczeństwa.
Z wieloma straszno-śmiesznymi przejawami tego zjawiska zetknęłam się, pracując u ambasadora Kataru.
W hierarchii licznej grupy obsługującej jego 4-osobową rodzinę, najniższą pozycję miał kucharz. Sara spędzała w pracy kilkanaście godzin dziennie: jeśli akurat nie gotowała, musiała oczekiwać dyspozycji Madamme. Smak jej potraw przedefiniował moje pojęcie rozkoszy podniebienia, jednak ambasadorska rodzina, po dowolnym mózgrozjebującym obiedzie potrafiła wysłać szofera po kilka zestawów z McDonalda. Zarobki kierowcy, który za kółkiem spędzał najwyżej 3 h dziennie, przewyższały kucharską pensję trzykrotnie.
Nie wiem dokładnie, jaką pozycję wśród służby zajmowały nianie ambasadorskich wnucząt,. Na pewno zarabiały wystarczająco dużo, by móc utrzymać swoje własne dzieci, zostawione na wychowanie babkom na Filipinach. Plotka głosi, że baby-sitter najmłodszej córki ambasadora (dziś nastolatki) uciekła od Katarczyków, korzystając z zamieszania podczas rodzinnych zakupów w supermarkecie.
Kończąc już ten blackmailing, chciałabym przytoczyć jeszcze jedną anegdotę:
Pewnego razu żona ambasadora zleciła mi zadanie odnalezienia niebieskiej gumowej piłeczki. Akurat spodziewaliśmy sie przyjazdu jej najstarszych córek z narybkiem, więc byłam przekonana, że cała akcja ma coś wspólnego z tymi odwiedzinami. Poszukiwania nie przyniosly rezultatów, w związku z czym Madamme wyprawiła mnie (i szofera) do sklepu z zabawkami.
Za czyn heroiczny poczytuję sobie zachowanie powagi w momencie, w którym odkryłam, ze piłeczka była jej potrzebna nie do zabawy z wnukiem, ale do podtrzymywania głowy przy ogladaniu telewizji...
Nie byłabym sprawiedliwa, gdybym nie wspomniała, że Ma'am opuszczała czasem szczyty lenistwa. Oglądała wtedy TV ze stacjonarnego roweru do ćwiczeń, jedząc przy tym swój ulubiony makaron z zółtym serem.
Niekontrolowana władza zawsze się degeneruje
Pariasi wszystkich krajow łączcie się
etc.etc.
cdn.

Komentarze
Prześlij komentarz