Dobranoc
śni mi się, że Jacek zabił delfina gwoździem,
że łapię małpy,
że kąpię się z pięcioma dziewczynami w trzech wannach,
że zjadłam rafaello – ostatnią pamiątkę po Lechu Kaczyńskim,
że gonię płaszczkę prowadzącą na wózku inwalidzkim swojego ojca – człowieka. Krzyczę przez sen.
śni mi się, że krowy założyły cywilizację na innej planecie,
że Jędrek leży schowany w fortepianie, żeby się niespodziewanie pojawić na imprezie.
śni mi się baobab z czarnych kamieni i ptak, który kradnie ogień.
śni mi się, że jestem statystką na planie filmowym. gram człowieka który biegnie po schodach do góry. w kurtce!
śni mi się dogasająca impreza w apartamencie na szczycie wieżowca. wszystko jest kremowe: meble, podłogi, jedzenie, drinki. trwa to chyba dwie doby. ciągle jest jasno, ciągle jest chłodne rano. jacyś ludzie przylatują i odlatują stamtąd helikopterami. śpimy w płóciennych kokonach i na hamakach. ze szklanego balkonu zaglądam do sąsiednich mieszkań.
śni mi się, że jestem Maryją i latam na paralotni,
wielki kiermasz rzeczy używanych w starej, kilkupiętrowej willi. piwnica wygląda jak szatnia w mojej podstawówce, parter – jak nasze stare mieszkanie, piętro to hala z rzędami szafek i wieszaków. jest tam mnóstwo dziwnych rzeczy. buty na obcasach w niemowlęcych rozmiarach, minihologramy, żaboryby i ruchome miniatury scen batalistycznych z gier RPG w akwariach. potem jest pokaz pirotechniczny. zamiast fajerwerków nad głowami przelatują nam chmury uformowane w samoloty różnego typu.
mam wózek pełen zakupów. sprzedawca każe mi jeszcze raz wyładować je na ladę i przy każdym produkcie usiłuje zgadnąć jego cenę. ściągając rękawiczki, zostawiłam jedne w drugich (miałam dwie pary). sprzedawca myli się przy wycenie i karci mnie. kiedy już wiadomo, że wszystko jest ok, całuje mnie w kącik ust i bierze pod rękę.
śni mi się, że Truman Capote nosi mnie na rękach,
zdaję za Basię egzamin na SGH. przechodzę w tym celu szkolenie na komandosa. pierwsze zadanie polega na utrzymaniu się na jakimś tropikalnym drzewie, na które spuszczono mnie z helikoptera. „zachowuj się jak miś koala!” – krzyczy mój instruktor. potem szukam czegoś w betonowych bunkrach na oceanie. trzecie zadanie jest takie, że podmieniają mi partnera, a ja mam się zorientować. wypełniam wszystkie misje po kolei. z niecierpliwością czekam na następną, kiedy okazuje się, że Basia zrezygnowała i nie muszę już niczego zdawać. koniec szkolenia. szkoda.
śni mi się plaża. z pokładu miniaturowego, jednoosobowego balonu karmię mewy. potem opadam na piasek i leżę w ciepłej wodzie tuż przy brzegu. nagle do wody wpada pionowo zestrzelony myśliwiec.
graffiti na bunkrze. wejście jest oświetlone. w środku, na ścianach prawie niewidoczne strzałki namalowane flamastrem. nie kieruję się nimi. niskim, zielonym korytarzem docieram do podziemnego teatru. między fotelami stoją naturalnej wielkości gliniane figury zwierząt. na scenie rozciąga się jogin.
śni mi się, że goni mnie wielki kangur,
i że lecę nad Rosją w krzesełku z wyciągu linowego. przelatuję nad samotnymi dziesięciopiętrowcami i nad tajgą.
ostra zima. ferie spędzamy w Karpaczu, w strzesze akademickiej. niedźwiedzie polarne wywlekają z kubła obierki od ziemniaków. wiem, że wskażą mi biegun północny, gdzie chcę dotrzeć.
biegam po chorych dworcach, które są miksem wszystkich dworców jakie widziałam w życiu, z plątaniną schodów, fontann i zjeżdżalni. w końcu wsiadam w tramwaj „6″. już w środku przypominam sobie, że w ramach jakiejś akcji promocyjnej trasa szóstki to kolejka górska. trzeba zapiąć pasy. jedna szelka przy moim krzesełku jest zerwana. zapieram się nogami i obserwuję chmury. wyglądają zupełnie inaczej niż zwykle, tworzą trójkątne wiry.
spacerujemy uliczkami Londynu. przy deptaku napotykamy kobietę wmurowaną w sześcienny, kamienny blok. wystaje jej tylko głowa. mówi, że niedługo umrze. jest w świetnej formie, mimo że tkwi w kamieniu od paru lat.
śni mi się, że umiem surfować po morzu na stopach, jak na snowboardzie.
drzwi do domu otwiera mi sąsiad ubrany w piankę nurka.
mieszkam na wystawie sklepowej, razem z moim dzieckiem. przy ul. Świdnickiej rośnie coś w rodzaju „bryły lasu” - wielopiętrowa, ciągnąca się kilometrami plątanina drzew, z platformami-mieszkaniami. wspinam się po niej, z dzieckiem na plecach. docieram do wysoko położonego tarasu. kładziemy się na nim i oglądamy niebo. dociera do mnie, że ziemia wcale się nie kręci, a zapierdala w tunelu z gwiazd, co jest dowodem na nieistnienie czasu. uznaję to za bardzo dobrą wiadomość.

Komentarze
Prześlij komentarz