Muss Ordnung sein?

"Berlin bleibt dreckig" - w wolnym tłumaczeniu: "Berlin czysty nie będzie" - głosi napis na murze gdzieś przy Sonnenallee, w centrum Neukölln. Dzielnica pieszczotliwie nazywana popielniczką miasta, faktycznie do najporządniejszych nie należy. Moim zdaniem lepiej niż kipy, charakteryzują ją jednak śmieci wielkogabarytowe.


Utylizacja nie jest tym etapem cyklu życia produktu, w którym chcieliby brać udział niektórzy mieszkańcy Neukölln. Na wywożenie odpadów do lasu też żal im widocznie energii, toteż chodniki są tu obstawione wszelkiego rodzaju sprzętami AGD i meblami, uzupełnionymi o caly katalog drobniejszych śmieci miejskich. Jako miłośniczka szmelcu bardzo lubię spacerować po tej okolicy - zawsze mnie tam coś zaskakuje. Na przykład: gówno w monitorze CRT. Od kiedy trafiłam na tę kompozycję po raz pierwszy, zaglądam w każdy kineskop i PRAWIE ZAWSZE znajduję kupę. Jakkolwiek, nie ustaliłam jeszcze, czy to wykalkulowany performens człowieka, czy samorzutny geniusz psa.

O ile dostrzegam jakąś estetyczną wartość w zaśmieconych ulicach, o tyle syfu w parkach, czy lasach nie mogę znieść. Nie jestem jedyna. Po Tempelhofie (o którym pisałam trochę tu) chodzi czasem grupa ochotniczej straży porządku, której działalność polega na informowaniu piknikujących, gdzie mogą wyrzucić swoje śmieci i jak je przedtem posortować. Myślę jednak, że park zawdzięcza czystość głównie temu, że jest zamykany na noc.

Kreuzkölln to nie zabawa pensjonarek, które wąchają fiołki! Kiedy w cieplejsze dni przejeżdżam na rowerze przez Oberbaumbrücke, zamyka się nade mną PŁASZCZ SMRODU(copyright dla tego określenia należy do mojego dziadka Mariana. Pozdrawiam). Zastanawiałam się, co takiego jest w tym moście, że ludzie tak chętnie oddają na nim mocz. Stawiam na trzy czynniki:


- krajobrazowy - panorama jest stąd naprawdę piękna, zwłaszcza nocną porą- architektoniczny - wykusze w filarach mają wymiary wprost toi-toiowe- lokalizacyjny - ze względu na koncentrację klubów, kręci się tu ogromna ilość bezmyślnych hedonistów.


Jeśli jadę na północ, trafiam na Warschauerbrücke, gdzie ścieżka rowerowa z nieprawdopodobną regularnością naznaczona jest womitami oddawanymi zza barierki oddzielającej ją od chodnika. Za mostem, na pocieszenie, wpada się w strefę zapachu karmelu roztaczanego przez sklep z prażonymi orzechami. Ten z kolei ustępuje miejsca woni gorącego asfaltu bijącej od robót drogowych przy Frankfurter Tor (i tak dalej...).

Elementem lokalnego folkloru są też handlarze marihunaen, którzy - bynajmniej nie konspiracyjnie - oferują swoje produkty na każdej stacji i w każdym parku między Kottbuser Tor, a Warschauer Straße, nie bacząc przy tym na wiek, płeć, ani pochodzenie potencjalnych klientów.

- yo! weed? - zagadują naszych rodziców, nastolatków, muzułmanki z wózkami.

Nagromadzenie i dostępność rozrywek może się podobać krótkoterminowym przyjezdnym, ale niekoniecznie spotyka się z aplauzem ze strony mieszkańców (którzy mają swoje, mniej mainstreamowe miejsca i swoich dilerów z czystszym towarem, he he). Zagadnienie stare jak turystyka: na ile czynnik, który stymuluje ekonomię i wzbogaca dany region - jednocześnie mu zagraża, jest tu stale negocjowane.


Kilka lat temu organizacja Club Commission zorganizowała na Kreuzbergu akcję uciszania nocnych bon vivantów. W happeningu wzięli udział mimowie, ktorzy na migi prosili bawiących się pod oknami mieszkań o spokój. Podejrzewam, że "u nas" bardzo szybko zarobili by tzw. wpierdol.. Tym razem żaden mim nie ucierpiał, ale żaden też nie wpłynął trwale na natężenie decybeli w okolicy. Temat licznie podłapali za to dziennikarze, podsycając debatę na temat hałasu strefach, gdzie rozrywka sąsiaduje z mieszkaniówką.


Bardziej sensowne wydają mi się mimo wszystko inne inicjatywy Club Commision, np. wypracowywanie ekologicznych rozwiązań dla klubów (btw. najbardziej eko jest przeobciachowy MATRIX), lobbowanie na rzecz uproszczenia komunikacji z urzędami, próby wpływania na plany zagospodarowania przestrzennego (tak, by jednak nie wszędzie, gdzie się da budowano luxus-apartamentowce) czy uświadamianie dlaczego seksizm, rasizm i brak wzajemnej troski, nawet na rauszu nie jest w porządku.


Idee szczytne, choć czasem wątpię, czy realistyczne. Bywają takie powroty nocnymi, gdy czuję się jakbym ogladała kino dogmy w realizacji reżysera-nihilisty.
Rozmawiałam z wieloma osobami, które chcą mieszkać jak najdalej stąd.


- Berlin ist mir zu dreckig, auch im Kopf - mowią.


Cóż, ja mam akurat na odwrót. Póki jest się w czym utytłać, zostaję.



Komentarze

Popularne posty