Tempel (of the Sun)
Tempelhofer Feld [info:]
W XVIII w. teren manewrowy i paradowy pruskiej armii, na początku XIX w. tor wyścigów konnych, następnie koszary wojskowej brygady kolejowej, w końcu - lotnisko: pasażerskie, od 1940 r. wojskowe, potem znów cywilne.
Dziś: ogromny (trzeba ponad godziny, żeby go przejść), niezabudowany (wolą 65% uczestników referendum), zlokalizowany w samym centrum miasta (choć jeszcze 300 lat temu były to tereny rolnicze) teren rekreacyjny.
Uprawia się tu sporty, którym sprzyja gładki asfalt, wiatr lub murawa - tych trzech tu nie brakuje. Oprócz klasyków, zarejestrowałam: windskating (deskorolka z żaglem), kiteskating (deskorolka z latawcem), roller skiing (biegówki na kółkach), monocykle, tandemy, hulajnogi, segwaye. Widziałam też: futbol irlandzki (wygląda jak połączenie koszykówki i piłki nożnej), układy taneczne najróżniejszej proweniencji, asany jogińskie, grę na trąbce, pszczelarstwo.
Ciekawym fenomenem są ogródki - konglomerat donic warzywnych, ławek, leżaków, wieżyczek i innych przejawów spontanicznej architektury działkowej - nieogrodzone, otwarte i obsiadane przez każdego, kto ma na to ochotę (a uprawiane przez tych, którzy wpisali się na odpowiednią listę i doczekali swojej kolejki).
W budynkach starego lotniska jest obóz dla uchodźców, którzy często przesiadują w grillowej części Tempelhofu. (Nie mylić z piknikową, przeznaczoną dla antyfanów zapachu spieczonego Wurstu).
Duża część pól to tereny ochrony ptaków, dostępne dla spacerujących poza sezonem lęgowym. Jest też kilka wybiegów dla psów. Do tego bieżnia długości pasa startowego (dosłownie), skatepark, kilka punktów widokowych, restauracja i co najmniej trzy wozy z lodami.
Program użytkowania jest więc intensywny, jednak biorąc pod uwagę powierzchnię parku - 355 ha - bardzo dużo miejsca pozostaje na nie robienie niczego konkretnego. [/info]
Siedzę w jednym z takich miejsc i obserwuję (mój ulubiony sport). Zachodzi słońce, androgeniczna para obok tańczy coś bardzo contemporary, moi znajomi grają we frisbee, w tle łopoczą latawce. Przez łączkę trawersuje dwóch małych Arabów. Przechodzą odrobinę za blisko koców, są zbyt rozbawieni.
- Wiedz, że coś się dzieje.. - myślę.
Mieszkam w końcu w imigranckiej dzielnicy. To tacy, jak oni, wskoczą ci dla beki pod koło roweru, cisną za tobą korsarzykiem, o rzucaniu papierków po słodyczach na chodnik nie wspomnę.
- Uspokójcie mi sie jeden z drugim! - jestem gotowa interweniować.
Próbuję na szybko rozeznać się, jakie narzędzia terroru mają przy sobie. Ich wybór wprawia mnie w konsternację: jest to włóczka wełny, rozwinięta na długość dobrych 10 metrów. W świetle zachodzącego słońca wygląda jak falująca żyła złota. Przez chwilę łączy mnie z ludźmi (i psem) świętującymi kilka metrów obok czyjeś urodziny, i z tą tańczącą przed paroma minutami parą. Chłopcy, jakby wyjęci z finałowej sceny ckliwego filmu, idą w stronę zachodu, raz po raz odwracając się za siebie z łagodnymi uśmiechami. Scena ta, w swojej kiczowatej, ale nieodpartej urodzie i nieszkodliwości, pozostawia mnie w stanie zażenowania przemiesznego ze wzruszeniem.

Komentarze
Prześlij komentarz