Z pamiętniczka miejskiego cygana
Zastanawiałam się ostatnio, jaki jest średni dzienny udział osób przeprowadzających się w populacji tego miasta. Tak dokładnych statystyk brak. Dość powiedzieć - branża przeprowadzkowa przeżywa w Berlinie rozkwit. Stałym elementem krajobrazu jest widok wozu firmy Robben & Wientjes (monopolista w tym sektorze - ab 4€ pro Stunde) zaparkowanego przy bramie, przez którą - w tę czy inną stronę - przechodzi czyjś dobytek.
W 2014 Berlin liczył 3 469 800 mieszkańców, w tym 496 500 z zagranicy (Polacy, w liczbie 407 000, byli drugą co do wielkości mniejszością narodową).
Trzy lata temu, czyli tego roku, w kórym się tu sprowadziłyśmy Berlin po raz pierwszy od wielu lat zaliczył dodatni bilans migracji (nijak mi nie wychodzi bycie trendsetterem!). Od tamtej pory z każdym rokiem napływ jest coraz większy. Przewidywania lokalnego urzędu statystycznego z początku zeszłego roku mówiły o 235 tysiącach nowych mieszkańców w ciągu kolejnych 15 lat. W najnowszych prognozach, uwzględniających napływ uchodźców, szacuje się, że ta liczba będzie jednak wyższa i osiągnie w 2030 poziom 265 tysięcy. Do tego należałoby dodać jeszcze turystów, którzy też wykorzystują mieszkania (na rbnb znajdziemy ich 11701; to aż 0,4% ogółu). Wszystko to czyni berliński rynek mieszkaniowy dość wymagającym - jesli nie bezlitosnym milieu..
- Naprawdę nas na to stać? - zapytałam z niedowierzaniem, kiedy Natalia podesłała mi pierwsze ogłoszenie.
Na portalach pośredniczacych między wynajmującymi a najemcami można przebierać w ofertach. Co prawda ceny mieszkań rosną z miesiąca na miesiąc, ale wciąż, za całkiem przyzwoity pieniądz (ok. 400€ na głowę) można tu wynająć mieszkanie w starym budownictwie, z pokojami o metrażu po 20m2, o wysokich zdobnych sufitach, drewnianych parkietach, w zielonych, dobrze skomunikowanych z centrum okolicach.
Zanim jednak popłynie się w fantazje o słodkim życiu w nad wyraz estetycznej mieszczańskiej okolicy, trzeba wiedzieć, że gotówka (o równowartości czterech miesięcznych czynszów; kaucja = 3 * czynsz) jest tylko jednym z kryteriów. Najmniej istotnym.
Dla typowego miejskiego prekariusza przebieranie w ofertach ma się do wynajmowania tak, jak shopping do window shoppingu. Oficjalna i dostępna każemu droga do podpisania umowy najmu w Berlinie jest trochę jak próba generalna przed wzięciem kredytu.
Swoją wypłacalność trzeba udowodnić na wiele różnych sposobów,
- Umowa o pracę - wątpliwości nie budzi tylko umowa na czas nieokreślony, na pełen etat. Praktyki, okresy próbne czy tak zwane mini lub midi jobs = too much trouble. Wysokość wypłaty też odgrywa rolę: 1/3 sumy miesięcznych zarobków wszystkich lokatorów powinna przekraczać wysokość miesięcznego czynszu.
- Rachunki potwierdzające trzy ostatnie wypłaty - freelancer musi być w stanie wykazać, że wciągu ostatniego półrocza osiągał każdego miesiąca dochody przekraczające minimum krajowe...
- ..lub poręczenie osoby pracującej w Niemczech (na umowie na czas nieokreślony i pełen etat).
- Wynik Schufa. Kontrowersyjna sprawa. Schufa to system oceniania twojej rentowności na podstawie tajemnej formuły, której - według niemieckiego wymiaru sprawiedliwości - nikt, oprócz samych wyliczających, nie musi znać. Aby poznać swoją notę, należy udać się do banku, zapłacić 25€ i odczekać 3 minuty. Można też złożyć wniosek przez Internet, nie płacić ani centa i poczekać 3 miesiące.
- Opinia od poprzedniego wynajmującego - nie zawsze wymagana, ale przydatna.
- Kopia dowodu - jasna sprawa.
- Mieterauskunft - wniosek, w którym jeszcze raz podaje się dane na temat swojego życia zawodowego i preferencji mieszkaniowych, nałogi i stosunek do zwierząt domowych. Istotnym punktem jest określenie typu relacji jaka łączy przyszłych współlokatorów. Wiele spółdzielni współpracuje tylko z rodzinami. Te rozpadają się dużo wolniej, niż przyjacielskie, czy czysto utylitarnie montowane składy. Mniejsza rotacja = mniej papierkowej roboty, mniej zachodu z szukaniem nowych lokatorów, czysty zysk (aż do rozwodu w każdym razie)
Generalnie, im mniej skomplikowana jest twoja życiowa sytuacja, tym lepiej. My byliśmy zbieraniną osób, których status - wedle standartów branży - na różne sposoby odbiegał od normy.
Między listopadem, kiedy zaczęliśmy szukać lokum, a lipcem, kiedy ostatnie z nas znalazło sobie gniazdo obejrzałam - bez mała - dziesiątki meszkań. (Świetna forma turystyki. Uprawiłabym dalej, gdybym tylko miała na to czas). Teraz bardzo często, gdy mam coś do załatwienia poza okolicą, w której mieszkam lub pracuję, stwierdzam na miejscu: Kojarzę ten widok, byłam tu na beziśtigungu!
W ciągu trzech lat pobytu w Berlinie przeprowadzałam się pięciokrotnie. Ani razu nie odbyło się to standardowo: z pierwszej ręki i przy dopełnieniu wszystkich formalości.

Komentarze
Prześlij komentarz