Twój znajomy oznaczył się jako "bezpieczny" w wydarzeniu "Zamach w Berlinie"

O Kaiser Wilhelm Gedächtniskirche - Kościele Pamięci Cesarza Wilhelma, pod którym odbywa się co roku wiadomy jarmark bożonarodzeniowy uczyłam się na lekcjach niemieckiego długo przed tym, zanim Berlin stał się moim domem.
Pamiętam słowa, które wkuwałam wtedy do prezentacji:

die Mahnung - przestroga
die Zerstörung - zniszczenie
der Krieg - wojna
das Denkmal - pomnik pamięci

Po nalocie bombowym w 1943 roku z monumentalnej neoromańskiej budowli pozostała tylko na wpół zniszczona wieża. Po wojnie architekt Egon Eiermann zaplanował pozbycie się ruin i wzniesienie na ich miejscu współczesnego obiektu. Wywołało to wyjątkowo burzliwą publiczną debatę, w rezultacie której wieżę jednak zachowano, uzupełniając ją  o współczesną dzwonnicę i kaplicę (które Berlińczycy pieszczotliwie i niebezpodstawnie nazywają szminką i puderniczką). Ruina świątyni zbudowanej ku pamięci cesarza miała od tej pory przestrzegać przed wojną.

Codziennie w drodze do pracy przesiadam się przy Kurfürstendamm, kilkadziesiąt metrów od Kościoła Pamięci. Tak było i we wtorek po zamachu. 20 grudnia dojazd do feralnego placu blokowały policyjne wozy z bezgłośnymi, pulsującymi niebiesko kogutami. Ciemne, o tej porze, ulice z rzadka przecinały żółte piętrowe autobusy. Mój się spóźniał, pewnie z powodu policyjnych flanek. Próbowałam czytać: coś o drzewach i o tym, jakich strategii używają w walce o zasoby. Niebieskie światło miarowo odbijające się od kartek książki nie pozwalało mi się skupić na treści.
W końcu przyjechał mój autobus, na osiem godzin pochłonął mnie dzień pracy.
W drodze powrotnej przesiadka w tym samym miejscu. Na odcinku Kurfürstendamm ruch samochodów nadal wstrzymany. Ulica, jeszcze osiem godzin temu martwa, była teraz pełna pieszych spieszących się do metra, do kina, na zakupy. W twarzach przechodniów nie widziałam strachu.

W domu odpaliłam facebooka. Clubcomission udostępnia post dziennikarza Philippa Michaelisa: “Słuchajcie, wy radykalni pomyleńcy: tu jest Berlin. Berlin to MY. (...) Niektórzy z nas są Turkami. Albo Ruskami. Albo - o zgrozo - Amerykanami lub Pakistańczykami!!! Niektórzy z nas pochodzą nawet z Baden-
Wüerttembergii. Bać się Was? Dream on, pussies! Możecie nam naskoczyć!”

W dużo łagodniejszym tonie pisze aktor Oliver Kalkofe, który w trakcie zamachu prowadził bożonarodzeniową galę w pobliskim teatrze i - mimo wieści, które dotarły do niego i do jego widzów podczas przerwy w spektaklu - zdecydował się przeprowadzić przedstawienie do końca: “Nie chcę i nie będę dawał terrorowi mocy dyktowania mi i innym, jak mamy żyć.”

Podczas gdy okładka Bild - odpowiednika naszego Faktu, epatuje wielkim “Angst” (Strach), codziennik Berliner Morgenpost uspokaja hasłem “Fürchte euch nicht” (Nie lękajcie się). “Eine Stadt bewahrt Fassung” (Miasto zachowuje opanowanie) - brzmi z kolei tytuł okładkowego artykułu w Der Tagesspiegel.

W dyskusji radiowej, której przysłuchuję się kilka dni później, dziennikarze magazynu kulturalnego pytają: czy wypada nam w obliczu tragedii w ogóle świętować? Jedna z uczestniczek cytuje w odpowiedzi tekst szlagieru “Wir lassen uns das Singen nicht verbieten” - Nie pozwolimy sobie zabronić śpiewania. (Sprawdziłam właśnie klip. Już sama nie wiem, czy wypada)

Na moim wallu zdjęcia uśmiechniętych znajomych z komentarzem: “We’re safe!”
Are we? Poczucie bezpieczeństwa może mieć dwa źródła: jedno wynika z odizolowania się od niebezpieczeństwa, drugie jest konsekwencją zaakceptowania go. Pierwsze cementuje status quo, za poczucie bezpieczeństwa przehandlowuje część - jeśli nie całą wolność. Drugie - zgadza się na zmienność i, wbrew niezaprzeczalnemu ryzyku, idzie w zaparte: I’m safe!

Myślę, że dość opanowana reakcja Berlina wynika z praktyki w obchodzeniu się z niepewnością. To miasto wiecznie niedokończone, miasto-startup. Wielu ucieka tu PRZED sztywnymi konwencjami do płynności, zmienności, do braku granic. Nieprzewidywalność przyjmuje się tu z otwartymi ramionami. I mnie przyciągnął duch wolności. Ale nie tylko: drugim, nie mniej ważnym składnikiem była życzliwość ze strony nieznajomych.

Bardziej niż kolejnego ataku boję się, że przestaniemy być życzliwi, a staniemy się wobec siebie podejrzliwi. Że sami zaczniemy przez to ograniczać swoją wolność. Obawiam się spirali przemocy, którą mógł wywołać ten zamach. Może jeszcze tego nie widać, ale ona już się rozkręca? Co, jeśli historia niczego nas nie uczy i nawet pomnik wielki jak Gedächtniskirche temu nie zapobiegnie?
x

Komentarze

Popularne posty