Żaden schron, żaden beton
Żyjąc w metropolii takiej, jak Berlin uzmysławiasz sobie nieraz, że postępująca urbanizacja jest faktem, nie prognozą. Dzieje się tak na przykład, gdy okazuje się, że jesteś jedną z 50 osób, które przyszły na spotkanie z agentem nieruchomości i które usiłują wynająć to samo mieszkanie. (O tym, jak złożone jest to zdanie pisałam w przedostatniej notce). W takiej sytuacji znalazłam się zeszłej wiosny wielokrotnie.
W kwietniu 2016 byłam w samym środku miejskiej wędrówki, która na kilka miesięcy zaprowadziła mnie do akademika, kawałek poza centrum miasta. Mieszkanie dzieliłam z dziewczyną z Chin - Xin. Często spacerowałyśmy razem po okolicy.
Xin wydawała się stale być czymś zaskoczona; na przykład tym, że od starego parku i dzikich łąk dzieliła nas tylko minuta marszu. Albo istnieniem jeży. (Byłam świadkiem jej pierwszego kontaktu z przedstawicielem tego gatunku: oboje zastygli wpół kroku, równie przejęci spotkaniem). Xin mówiła, że w Szanghaju musiałaby iść godzinę, by natknąć się na większą grupę drzew, o zwierzętach nie wspominając. Opowiadała o zatłoczonych ulicach, przepełnionych wagonach metra, o masach betonu i smogu.
W takich momentach mieszkaniec metropolii takiej, jak Berlin cieszy się, że postępująca urbanizacja jest co prawda faktem, ale jeszcze niedokonanym.
Wczoraj rozpoczęła się światowa wystawa ogrodów IGA 2017: organizowany raz na 10 lat przegląd nowinek w dziedzinie ogrodnictwa i architektury krajobrazu. Jak zapowiadają organizatorzy, wystawa przemieni kawałek miasta w ogród-laboratorium. Sformułowanie, którego składowe nie przychodzą może na myśl jako spontaniczne skojarzeniowe combo, ale które zyskuje sens, gdy na ogród spojrzymy jak na eksperyment.
W rzeczy samej, IGA 2017 będzie doświadczeniem urbanistycznym. Jej lokalizację nazwałabym najdelikatniej ambitną. Położony na rogatkach miasta Marzahn to jedno z największych osiedli nowego budownictwa w Europie: blokowisko złożone z 17-kondygnacyjnych molochów mieszczących 100 000 mieszkań. Jego sąsiad, Hellersdorf, to wioska przyłączona do Berlina na początku XX wieku. Razem wyglądają tak:
Nic dziwnego, że dzielnica Marzahn-Hellersdorf nie cieszy się najlepszym image. Decyzja, by to tu przenieść lokalizację wydarzenia, które pierwotnie miało odbyć się na Tempelhoferfeld, była manewrem strategicznym. Podczas gdy Tempelhof i jego okolice robią się coraz bardziej szykowne, postradzieckiej, głęboko wschodniej części Berlina gentryfikacja w żadnym wypadku nie grozi.
Zieleń i rekreacja grają kluczową rolę w procesie "humanizowania” tej ogromnej wielkiej płyty. IGA jest tu potężnym finansowym narzędziem: część inwestycji, np. mała architektura warta 50 milionów € pozostanie tu po zakończeniu wystawy.
Poza głównym terenem wystawowym IGA będzie obejmowała kilka ciekawszych zielonych terenów w innych punktach miasta. Jednym z akcentów wystawy ma być miejskie ogrodnictwo. W ostatnich latach Berlinowi przybyło kilkaset sąsiedzkich ogrodniczych inicjatyw. Uprawia się na dachach, między budynkami, na nieużytkach parkingach, przy kawiarniach i klubach. Oddolne, czasem semi-legalne, często wielokulturowe, mobilne (bo tymczasowe) miejskie ogrodnictwo to też przestrzeń eksperymentu: krajobrazotwórczego i społecznego.
Urbanistyczna strona IGI przemawiają do mnie najbardziej, ale na niej wystawa się nie kończy. Organizatorzy zapowiadają, że IGA zapewni wgląd w najbardziej wizjonerskie koncepty ogrodnicze ostatniego dziesięciolecia. Na terenie parku Garten der Welt zbudowano kilkanaście struktur architektonicznych: między innymi kolejkę linową, pływające centrum edukacyjne, cztery imponujące place zabaw, dwie hale o powierzchni niemal 2000m2 wypełnione kwiatami i tropikalnymi roślinami. W ramach trwającej pół roku wystawy odbędzie się 5000 wydarzeń: wykłady, degustacje, warsztaty. Poruszane tematy mają dotyczyć dziedzin takich jak zdrowe żywienie, sztuka i media, czy “zielone zawody”. Na miejscu będzie można porozmawiać z doświadczonymi ogrodnikami, florystami, artystami.
Pamiętam, jak na drugim roku studiów, sprintem - w 6 godzin, zwiedziłam podobną wystawę. Nic z tego, co wtedy zobaczyłam nie zostawiło trwałego śladu w mojej pamięci. Klęska nadmiaru.
Postanowiłam skorzystać z tego, że jestem “na miejscu” i zaopatrzyć się w półroczny bilet wstępu na IGĘ. Tym razem chciałabym dać się prowadzić wystawie, w tempie jakie przystoi mojemu poważnemu (sic!) wiekowi.
Będę szukała inspiracji do swojej pracy, w której mam do czynienia z inkluzywnym/terapeutycznym ogrodnictwem.
Jestem też ciekawa, jakie pomysły na przyszłość rosnących miast mają światowi ogrodnicy-wizjonerzy.
Last but not least, interesuje mnie, do jakiego stopnia wystawa zmieni Marzahn-Hellersdorf. To właśnie po terenach IGA 2017 spacerowałam zeszłej wiosny z Xin.

Komentarze
Prześlij komentarz