Latający dywan
Pewnej ciepłej i wilgotnej zimy przyszedł nocny mróz i zamienił Berlin w lodowisko. Chodniki ujawniły swoje pochyłości. Wyszłam z domu, niczego się nie spodziewając, i zamiast pójść prosto do metra, podryfowałam ukośnie na drugi brzeg chodnika. Próba skorygowania kursu nie przyniosła zadowalających rezultatów. Trzymając się dla równowagi zaparkowanego przy ulicy samochodu, zrobiłam krótki rekonesans okolicy. Przechodnie prezentowali całą gamę dziwnych kroków. Widziałam statecznych panów tańczących fokstrota, matki wywracające się na dzieci i rowerzystów w spazmatycznych piruetach. Wszystko wskazywało na to, że piaskarka jeszcze tu nie dotarła.
W dwóch wielkich, desperackich susach znów znalazłam się po drugiej stronie chodnika, na bezpiecznym prostokącie piwnicznej wentylacji. Szybko oszacowując swoje poczucie równowagi i ukształtowanie terenu, obrałam strategię poruszania się, łączącą szybkie tiptopki z łapczywym chwytaniem się gzymsów. W tym stylu zbliżyłam się do grupy muzułmanek. Ich technika, powolniejsza i dostojniejsza, polegała na rozpościeraniu przed sobą kilku hidżabów, niczym ruchomego antypoślizgowego chodnika (medal za luźny stosunek do symboli religijnych). Pionierka tego ruchu walczyła z wiatrem, który podrywał do góry i plątał tkaninę chusty. Jej koleżanki, zaśmiewały się tymczasem tak bardzo, że ledwo utrzymywały się przy tym na swojej bezpiecznej hidżabowej wyspie.
Podreptałam dalej, robiąc od czasu do czasu niezdarny telemark i chichocąc pod nosem.
x

Komentarze
Prześlij komentarz