IGA. Komentarz.

Po wielu wizytach na terenie międzynarodowej wystawy ogrodów stwierdzam z żalem: IGA2017 jest mocno przereklamowana.
Jeśli jednak szanowny czytelnik nie jest architektem krajobrazu z wygórowanymi oczekiwaniami, wycieczka na Marzahn może mimo wszystko okazać się warta rozważenia. Zwłaszcza czytelnik wzbogacony o lekturę małego przewodnika napisanego przez nadmiernie krytycznego recenzenta, który spędził kilkadziesiąt godzin na terenie wystawy, by wyłuskać z jej programu wartościowsze i smakowitsze kąski.

W poprzedniej, entuzjastycznej notce na temat IGI opiewałam slow sight seeing jako kontrę dla bezmyślnego konsumowania atrakcji. W tej notce zaprzeczę sama sobie i polecę Wam ekspresowy program zwiedzania. Żeby dodatkowo podkręcić atmosferę pośpiechu, przypomnę, że macie na to jeszcze tylko 4 tygodnie.

Poniżej praktyczny przewodnik opatrzony moim subiektywnym, zgryźliwym komentarzem.

WSTĘP
Bilety na wystawę można kupić online albo w punktach sprzedaży i automatach. Jednorazowy wstęp do ogrodu kosztuje 20 € (za cały dzień) lub 10 €  (od godziny 17 do 20). Dzieci do lat 7 wchodzą za darmo, młodzież w wieku 7-17 lat - za piątaka. Ja kupiłam sezonowy bilet popołudniowy.

DOJAZD
Nie jest skomplikowany. Z Alexander Platz (czyli spod wieży telewizyjnej) na stację Kienberg zabierze Was w 25 min metro linii U5. Na rozkładach w wagonach berlińskiej komunikacji miejskiej przystanek jest wyróżniony charakterystyczną naklejką, więc nie sposób go przeoczyć. Ze stacji pod bramę wystawy poprowadzą Was czytelne drogowskazy. 





WYSTAWA

IGA dzieli się na dwie strefy: w jednej skupia się większość atrakcji, druga to głównie łąki, mokradła i las. Koncept jak najbardziej sensowny - w jednym miejscu wystawia się człowiek na działanie bodźców, a w drugiej wycisza.
Wystawa ma powierzchnię 104 hektary. Pozwolę tu sobie sięgnąć po ulubione porównanie dziennikarzy, w tym contentowca strony internetowej IGI: 100 hektarów równa się powierzchni 100 boisk piłkarskich. Człowiek na samą myśl o przejściu takich dystansów robi się zmęczony. Zanim odechce się Wam zupełnie, spieszę zapewnić, że żeby sprostać temu areałowi nie trzeba odbywać treningu wytrzymałościowego. Wystawę można zobaczyć z lotu ptaka, to znaczy z kolejki linowej. W przypadku połowy terenu można się spokojnie zadowolić tą perspektywą..

Jeśli krajobraz porównać do filmu, to przebieg ścieżki jest jak prowadzenie kamery. Od dobrze zaplanowanego krajobrazu oczekuję, że odsłoni przede mną coś zaskakującego, skieruje moją uwagę na szczególnie piękny widok, wywoła jakiś niecodzienny, przyjemny stan. Spacer południową (czyli tą mniej intesywną, nowo zaadatptowaną) częścią IGI prowadzi od jednego śladu pośpiechu i fuszery, do drugiego. Wyschnięty trawnik z rolki, druty wystające z ziemii po środku ścieżki, która na dodatek okazała się ślepym zaułkiem, rabaty ogrodzone byle-jak plastikową siatką, niedokończone lub nie przemyślane instalacje.. Tak jakby operator kamery zamiast filmu przyrodniczego kręcił dokument o złych fachowcach i utopionych pieniądzach podatników. 

Północną część IGI, tę w której program zdecydowanie się zagęszcza i zyskuje na treści, stanowi zespół Ogrodów Świata. Można doń wejść bezpośrednio “z zewnątrz”, albo dojechać kolejką linową. Tym, którzy nie mają lęku wysokości ani klaustrofobii  zdecydowanie polecam to drugie. Widok bagien i falujących starych wierzb, z góry, to niezły trip. Przestrzegam jednak przed kolejnym wątpliwym rarytasem, jakim są kabiny z przezroczystą podłogą. Materiał, z których je wykonano już w po miesiącu zdążył się zupełnie zatrzeć, tworząc efekt “szkło mleczne”. Na domiar złego, właśnie w tych gondolach okna są zaklejone banerami reklamowymi, w związku z czym wiele z nich nie widać. Ehh.

W Ogrodach Świata, obok tych tradycyjnych (polecam zwłaszcza japoński, chiński i kafelki w marokańskim), znajdziemy tzw. realizacje konceptualne aka miniatury autorstwa projektantów z różnych stron świata. Każdy miał do dyspozycji parcelę identycznych rozmiarów. Rezultaty są przeróżne. Niezmiennie fascynujące jest dla mnie, jak bardzo układ wnętrza potrafi zmienić jego odbiór. Kwestię innowacyjności tych realizacji przemilczę (motyw z lustrami, rabaty w kształcie kleksów - bitch, please). Nie mniej jednak warto zajrzeć do kilku, tak dla porównania.

Architektura krajobrazu sobie, a dla mnie i tak najciekawszym przejawem inwencji w aranżacji roślin ozdobnych są działki. Dlatego też bardzo ucieszyłam się, odkrywszy przesmyk z IGI do kolonii Kleingartenverein am Kienberg. Muszę nadmienić, że w Berlinie działki są ogólnodostępne spacerowiczom, także nie trzeba iść na IGĘ, żeby postalkować sobie emerytów (oraz rosnącą populację młodych działkowiczów).
Zauważyłam, że estetyka ogródków może się różnić nawet w obrębie jednego miasta. Po tych igowych, na przykład, od razu widać, że należą do osiedla z wielkiej płyty. Szerokie, pedantycznie przystrzyżone aleje, duże parcele, postmodernistyczne altanki. Na co drugiej parceli klatka z ptactwem, w tle bloczyska i kolejka linowa. Dziwne, aż miło.

Kolejnym smakowitym kąskiem dla poszukiwaczy kuriozum jest zakątek z nagrobkami. Sekcja wygląda jak nowo założony cmentarz - osobliwy pokaz współczesnego sentymentalno-spirytualnego kamieniarstwa (gdyby te groby nie były puste, ktoś na pewno by się w nich przewracał). Niektóre nagrobki wyróżniono medalami - za najpiękniejszą kompozycję roślin, najbardziej wymowną rzeźbę etc. Obok - banner reklamujący coś w rodzaju funduszu pogrobowego: po śmierci zgromadzony na nim hajs pokryje koszty pogrzebu oraz założenia i pielęgnacji medalowego miniogródka na naszej mogile. Jak wiemy z lekcji historii, już w starożytności w pochówku chodziło o show off. Nic się w tej kwestii nie zmieniło.

Wiele obiecywałam sobie po ekspozycji Horisonte, która według organizatorów miała rzucać światło na najnowsze koncepty z pogranicza technologii i natury. Spodziewałam się naukowego i innowacyjnego spojrzenia na ogrodnictwo, tymczasem trafiłam na komercję: punkt informacyjny berlińskich zakładów oczyszczania miasta, chatkę promocyjną Husquarny, stanowisko firmy produkującej meble ogrodowe z laserowo wycinanej sklejki, akwaria z karpiami-wegetarianami (taniej się je tuczy), instalację producenta bambusowych konstrukcji, punkt degustacji wina (niestety zamknięty) i kilka innych standów promocyjnych, poprzetykanych wymownie pustymi “przestrzeniami kreatywnych spotkań”.

Równolegle do “horyzontów”, po drugiej stronie rzeki Wuhle, ciągnie się campus IGI, gdzie swoje parcele mają dzieciaki z okolicznych przedszkoli i szkół. Gdzieś pomiędzy ich grządkami znajdziecie furtkę do wspomnianych ogródków działkowych. Ciąg zamyka miejsko-rolniczy eksperyment Weltacker.
Gdyby podzielić powierzchnię wszystkich pól uprawnych świata przez liczbę jego mieszkańców, każdemu przypadłoby 2000m2 ziemii. Pomysłodawcy projektu sprawdzają w praktyce, czy z tej powierzchni dałoby się przez rok wyżywić jedną osobę. Przy okazji, w niewymuszony, nie belferski sposób projekt dostarcza konkretnej wiedzy na temat światowej produkcji żywności.

Dobrze bawiłam się w labiryncie, w którym naprawdę można się zgubić. W okolicy jest mini wystawa grzybów rosnących na specjalnych substratach (to oczywiście nic innego, jak lokowanie produktu, nie mniej jednak interesujące). Przyjemny jest spacer Promenada Aquatica, gdzie woda przyjmuje różne stany skupienia, płynie i tryska na wiele różnych sposobów. Z Wolkenhainu na szczycie wzgórza Kienberg można przez lunety pozaglądać ludziom do mieszkań. Mogę pochwalić też siedziska - są hiperwygodne. W ogóle, Ogrody Świata obfitują w chillowe zakątki (w których nie brak miejsc siedzących - łąki są usiane leżakami).
Zapewniam, że na IGA można spędzić naprawdę miły dzień, wiele ciekawego zobaczyć i doświadczyć. Dlaczego więc jestem aż tak rozczarowana?

Wiem, że zakładanie parku może być czasochłonnym i nieprzewidywalnym przedsięwzięciem, ale po wydarzeniu przygotowywanym od 10 lat przy nakładzie 100 mln € oczekiwałam solidniejszego i bardziej przemyślanego wykonania. Na przykład taka kolejka linowa: jeśli po 3 latach okaże się nierentowna, konstrukcja zostanie rozebrana. Byłoby szkoda, bo żeby ją postawić, naruszono spory kawałek delikatnego ekosystemu rzeki Wuhle. Kolejny przykład: takie mądre konstrukcje.



Co jeszcze? Zasugerowawszy się nazwą wystawy spodziewałam się większej ilości zajęć w międzynarodowym języku angielskim (albo jakimkolwiek innym, niż niemiecki). Z kolei przez slogan Ein Mehr aus Farben (gra słów: Morze kolorów/Więcej kolorów) nastawiłam się na kwietne kobierce po horyzont - i tu się rozczarowałam. Irytująco słaba jest obsada wystawowych stanowisk (=pozamykane stoiska). Wiele interesujących warsztatów i większość koncertów odbywa się koło południa. Małe piwo kosztuje 4€. 

Ok, chyba nikogo nie zachęciłam taką recenzją.. Jeśli jednak mimo wszystko ktoś zdecyduje się przyjechać, chętnie oprowadzę. Bilet i tak mam, a z każdą wizytą coraz lepiej udaje mi się omijać wystawowe niewypały (choć nie o to mi chodziło gdy, w poprzedniej notce, pisałam, że chcę dać się prowadzić wystawie.)

Komentarze

Popularne posty