Życie zawodowe #2

Była taka kampania trunku z wyraźną nutą goryczy: “Do Berlina pojechałeś za przygodą. I dobrą pracą. Życie jest gorzkie.”
Nie jest to miasto wysokich płac, ale też nie miasto wysokich cen. Za minimalną krajową, 1100 €, da się dość beztrosko żyć (sprawdziłam). Nie trzeba przy tym wcale znać niemieckiego - zawodowo można realizować się po angielsku. Mnie jednak zależało na przedostaniu się na niemiecki rynek pracy. I to nie rynek stanowisk z niemieckim komunikatywnym. Pula posad, w których piastowaniu wystarczy taki poziom jest co prawda bardzo duża, ale większość z nich to zajęcia ogłupiające lub/i fizycznie wyczerpujące.

Kolejna marketingowa referencja: na stacjach berlińskiego U Bahnu wiszą reklamy szkoły językowej przedstawiające bardzo poirytowanego kolesia opatrzonego pytaniem: “Tired of speaking silly german?”
Dzieliłam jego frustrację. W Polsce niemieckiego uczyłam się w dwujęzycznym gimnazjum, zwykle z wynikiem dostatecznym. Językiem naszych zachodnich sąsiadów posługiwałam się nieporadnie i niechętnie. Ale miałam dobrą bazę: zasady gramatyki, przyswojone z bólem i wstrętem w wieku, w którym mózg chłonie jakoby najwięcej, były jeszcze zapisane w  mojej pamięci - trzeba je było tylko odświeżyć.

Za pieniądze z pierwszej wypłaty od ambasadora Kataru kupiłam sobie  semestr niemieckiego w Volkshochschule. To trochę taki dom kultury dla dorosłych. Do spektrum oferowanych przez VHS kursów należą: box-aerobic, taniec dla seniorów, kurs autopromocji, restaurowanie starych mebli, florystyka, kaligrafia, ukulele dla początkujących, czytanie nut, praktyczna retoryka, kurs orientacyjny dla przyszłych rodziców adopcyjnych, grzybobranie w teorii i praktyce, i wiele, wiele innych. Szkoła jest tania, bo współfinansowana przez państwo. Obiegowa opinia głosi, że nauczyciele są w niej średnio opłacani, a uczniowie to zbieranina różnych rozbitków życiowych. Ale hej, jaka miałaby być państwowa szkoła berlińska, jeśli nie poor but sexy? I czy byłabym sobą, gdybym zamiast na nią, zdecydowała się na instytut Goethego? Moje doświadczenie nie potwierdziło negatywnych recenzji: nie musiałam długo czekać, lektorzy uczyli z lekkością i z humorem, a grupa była zmotywowana. Volkshoch-szkolną ławę Dzieliłam z ludźmi z całej Europy, Chin, Wysp Pacyfiku i obu Ameryk. Łączyły nas śmieszne akcenty i to krzepiące uczucie, że wszyscy jedziemy na jednym wózku.

Przedpołudniami chodziłam więc do szkoły, a popołudniami polerowałam złocone poręcze. Żebyście mogli sobie to lepiej wyobrazić: Ambasada Kataru w Berlinie wygląda tak, a dom ambasadora takW środku pracuje sztab ludzi, wielu w trybie 12 godzinnych zmian. Trzy piętra, kilkanaście pokoi, basen i arabskie dywany - perfekcyjne środowisko dla dworskich intryg! Między dyżurką ochroniarzy, kanciapą kierowcy, a kuchnią zawierano pakty i sojusze, dopuszczano się zdrad, wszczynano kłótnie. Stawką w grze była przychylność rozkapryszonej Madame. Nawet mnie to bawiło, z tym że ja mogłam sobie pozwolić na śmiech, bo ze wszystkich pracowników byłam w najbardziej komfortowej sytuacji. Po skończonej szychcie szłam do swojego, wolnego od zobowiązań życia. Mój pobyt w Niemczech nie był uzależniony od wizy pracowniczej, nie utrzymywałam żadnego dziecka na drugim końcu świata, nie musiałam - jak szoferzy czy szefowa kuchni - zostawać w rezydencji na noc, ani pracować po godzinach. Może tłumaczy to, dlaczego tylko ja protestowałam, gdy przekraczano granice ustalone w kontrakcie.

Gdy okres próbny dobiegł końca, zwolniono mnie. Telefonicznie i przez pośrednika.  Nie otrzymałam odpowiedzi na pytanie o powód zwolnienia.  Dostałam za to kontakt do firmy, która szukała kogoś na pół etatu. Agencja, w której byłam zatrudniona wcześniej obsługiwała w miarę prestiżowe obiekty: ambasady, uniwersytety, Bundestag. Nowa praca - sprzątanie w sklepie ze sprzętem AGD - nie była nawet pozornie nobilitująca.. Może i nie mogłam się tym nikomu pochwalić, mogłam natomiast dojechać do pracy w 10 minut rowerem. Oraz pracować dwa razy mniej, co, przy moich oszczędnościach powinno było wystarczyć do końca lata. Zaczynała się wiosna. Jedyne, co chciałam robić, to siedzieć w parku i nie brać udziału w arabskich operach mydlanych. 

To zajęcie też miało swoje smaczki. Na przykład dział fotografii. Jak się pewnie domyślacie, większość odpadów w takim miejscu stanowią zdjęcia: te "źle" wywołane albo takie, które nie doczekały się odbioru. Codziennie opróżniałam kosze pełne takich "śmieci". Codziennie też, z wypiekami na twarzy zamykałam się w komórce na szczotki, rozsypywałam zawartość worków na podłogę i zamieniałam się w Anne Vintour mojego prywatnego magazynu Ordinary German People Stajlo. Zdarzało się, że fotografie były nienaruszone, ale najczęściej ktoś przecinał je albo darł na kawałki. Nie policzę wieczorów, które spędziłam ze znajomymi, składając te obrazki w całość, albo przeciwnie - tworząc niemożliwe krajobrazy albo hybrydy niemieckich urlopowiczów.” (Z notki “Dlaczego jestem instytutem pamięci)

To było pięknie przebimbane lato. Jesienią zrobiłam mały upgrade i opuściłam branżę “prac prostych”. Ale o tym następnym razem.

[Część 1] [Część 3] [Część 4]

Komentarze

Popularne posty