Życie zawodowe
Przebiegu mojej ścieżki zawodowej nie można nazwać typowym. Po skończeniu architektury krajobrazu na wrocławskim uniwersytecie przyrodniczym postanowiłam poszukać szczęścia w Berlinie. Ola spędziła tu rok na wymianie. Po kilku wizytach byłam w tym mieście zakochana. Miałam 24 lata i pewne przeczucie, jaka mogłaby być moja odpowiedź na jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie, to znaczy, co lubię robić. I jak to zrobić?
Moim pierwszym miejscem pracy w Berlinie był całodobowy bar. PL Bar.
Kadr pierwszy.
Przekraczam próg i trafiam do wąskiego, ciemnego lokalu. Kilka pustych stolików, polska flaga na ścianie. Po prawej migoce kolorowo jednoręki bandyta. Zrezygnowany typ miarowo karmi slot maszyny monetami i ciągnie butelkowe piwo. Za nim zaczyna się przeciętnie wyposażony bar (gracz, bez podnoszenia się ze stołka, wymienia kolejne flaszki z pustych na pełne). Za barem polskie dziunie, teatralnie pewne siebie królowe tej knajpy, z kolczykami odsłoniętych pępkach. Telewizor pod sufitem w rogu sali emituje Viva Polska. Pytamy, czy nie szukają kogoś do pracy. Akurat zatrudniają.
Kadr drugi, moja pierwsza wieczorna zmiana.
Jest środek tygodnia, niewiele się dzieje. Ten sam gość przy jednorękim, kilku Polaków wpada na piwo po pracy na budowie. Późnym wieczorem pojawiają się inni goście. Przy stoliku naprzeciw baru siada polskie małżeństwo z grupą znajomych. On jest wielki, czerwony na twarzy, jowialny. Jego stara, krótko ostrzyżona żona wygląda na bardzo zadowoloną z siebie. Zamawiają kilka butelek wódki i wypijają je, spalając przy tym trzy paczki papierosów. On jest taksówkarzem - alfonsem, ona szefową zespołu sprzątaczek - tłumaczy barmanka Judyta. Przychodzi mój szef z kumplami, piją kawę. Uczę się przyrządzania kilku nowych drinków. Wypijam je na pół z J. Pod koniec zmiany szef proponuje, że zawiezie mnie do domu. Gdy zatrzymujemy się pod moimi drzwiami, pyta, czy mam chłopaka. Odpowiadam wymijająco i wymykam się z auta.
Kadr trzeci, piątkowy wieczór.
Dziunie zza kontuaru podekscytowane i wystrojone, jakby nadchodzącej nocy w PL Barze rozdawano odpust absolutny. Zanim zacznie się impreza - zebranie pracownicze. Szef, w rozhełstanej, białej koszuli, dłonią zdobną w złote sygnety, dumnym gestem przedstawia człowieka, który zastąpi dzisiaj Vivę. Wygląda bardziej jak cinkciarz, niż DJ. Muzykę przyniósł na pendrivie. Lokal powoli wypełnia się mieszanką słowiańskiej i bałkańskiej migranckiej braci. Radosna atmosfera początku weekendu, szelest tygodniówek. Pije się więcej i szybciej. Powietrze robi się gęste od dymu.
Kilka godzin później bar płonie rozlaną sambucą, barmanka tańczy na stole, a mój szef próbuje mnie pocałować. Nie ma czym oddychać. Biorę należny mi hajs i idę po swoje katharsis do Sisyphosa.
Hrabal miał rację, knajpa to teatr, a ta impreza była mocnym epilogiem spektaklu PL Bar. Nigdy więcej się tam nie pojawiłam. Niedługo potem zaczęłam pracować u ambasadora Kataru (co nieco na ten temat w memoriale dla złotej rybki).
Ciąg dalszy wkrótce.[Część 2] [Część 3] [Część 4]

Komentarze
Prześlij komentarz