Życie zawodowe #3
Pracę w małym concept store załatwiła mi Maša, piękna, zdołowana komunistka z Belgradu, poznana na kursie niemieckiego. Za każdym razem, gdy Maša opowiadała o pracy, nie posiadała się z pogardy dla swojej klienteli. Burżua - sarkała, i wywracała czarnymi oczami. Uważałam, że trochę przesadza. Ostatecznie jednak obie byłyśmy zdania, że lepiej jest coś burżujom sprzedawać, niż po nich sprzątać.
I tak przeniosłam się z głośnego centrum na urokliwą, obsadzoną kasztanami oś shoppingową Prenzlauerbergu. Do dzielnicy - podręcznikowego przykładu aksamitnej gentryfikacji, w której więcej jest sklepów bio, niż monopolowych, i w której - sądząc po składzie i wyglądzie gości tamtejszych, zawsze pełnych, kawiarni - na strukturę zawodową mieszkańców składają się wyłącznie przedstawiciele branży kreatywnej i dobrze sytuowane młode matki. Jest to otoczenie estetycznie satysfakcjonujące. Fakt, że dojeżdżam do niego z - delikatnie rzecz ujmując - niejednolitego wizualnie Weddingu, wcale mi nie przeszkadzał. Istotne było dla mnie to, że ze schowka na szczotki przeszłam za ladę z masywnego orzechowego drewna, że spod jarzeniówek trafiłam w rozproszone światło dizajnerskich lamp, i że zamiast przymusowej muzyki tła, mogłam słuchać zawartości swojego dysku.
Awans do sektora usług po roku bycia sługą był, nie powiem, upajający. Ale i onieśmielający. Przerażała mnie konieczność rozmawiania po niemiecku z native speakerami. Drżałam ze strachu pakując kruche, wartościowe przedmioty w ozdobny papier. Z duszą na ramieniu podliczałam dzienny utarg. Kiedy klient oczekiwał, że będę współdecydować z nim o tym, co ma kupić żonie na rocznicę, dostawałam gorączki z wysypką. Najbardziej lubiłam poranki, gdy sklep był jeszcze zamknięty, a ja mogłam w spokoju aranżować asortyment, pić kawę i czuć się bardzo fancy. Z czasem nieśmiałość zmalała na tyle, że zaczęłam się bawić rolą sprzedawcy. I ta faza nie trwała długo. Jak to z powierzchownymi fascynacjami bywa, ładny obrazek zaczął dość szybko ujawniać warstwy łuszczącej się farby. Lokalność produktów okazała się fejkiem, szefowa - notoryczną plotkarą, jej chłopak - naiwniakiem, wierzącym we wszystkie teorie spiskowe, o jakich usłyszał na youtubie (niestety całymi dniami przesiadywał w sklepie i obkręcał mi je z wielkim entuzjazmem).
I tak przeniosłam się z głośnego centrum na urokliwą, obsadzoną kasztanami oś shoppingową Prenzlauerbergu. Do dzielnicy - podręcznikowego przykładu aksamitnej gentryfikacji, w której więcej jest sklepów bio, niż monopolowych, i w której - sądząc po składzie i wyglądzie gości tamtejszych, zawsze pełnych, kawiarni - na strukturę zawodową mieszkańców składają się wyłącznie przedstawiciele branży kreatywnej i dobrze sytuowane młode matki. Jest to otoczenie estetycznie satysfakcjonujące. Fakt, że dojeżdżam do niego z - delikatnie rzecz ujmując - niejednolitego wizualnie Weddingu, wcale mi nie przeszkadzał. Istotne było dla mnie to, że ze schowka na szczotki przeszłam za ladę z masywnego orzechowego drewna, że spod jarzeniówek trafiłam w rozproszone światło dizajnerskich lamp, i że zamiast przymusowej muzyki tła, mogłam słuchać zawartości swojego dysku.
Awans do sektora usług po roku bycia sługą był, nie powiem, upajający. Ale i onieśmielający. Przerażała mnie konieczność rozmawiania po niemiecku z native speakerami. Drżałam ze strachu pakując kruche, wartościowe przedmioty w ozdobny papier. Z duszą na ramieniu podliczałam dzienny utarg. Kiedy klient oczekiwał, że będę współdecydować z nim o tym, co ma kupić żonie na rocznicę, dostawałam gorączki z wysypką. Najbardziej lubiłam poranki, gdy sklep był jeszcze zamknięty, a ja mogłam w spokoju aranżować asortyment, pić kawę i czuć się bardzo fancy. Z czasem nieśmiałość zmalała na tyle, że zaczęłam się bawić rolą sprzedawcy. I ta faza nie trwała długo. Jak to z powierzchownymi fascynacjami bywa, ładny obrazek zaczął dość szybko ujawniać warstwy łuszczącej się farby. Lokalność produktów okazała się fejkiem, szefowa - notoryczną plotkarą, jej chłopak - naiwniakiem, wierzącym we wszystkie teorie spiskowe, o jakich usłyszał na youtubie (niestety całymi dniami przesiadywał w sklepie i obkręcał mi je z wielkim entuzjazmem).
Tymczasem minął okres próbny, mijały kolejne miesiące, a ja wciąż nie miałam w ręku niczego, poza śmieciówką. Przyjemność z pracy zastąpiło znużenie. Powoli docierało do mnie, że jeśli nie użyję jakiegoś łomu, grozi mi wieczny pobyt po niewłaściwej stronie szklanego sufitu. Kierując się dewizą, że lepsze jest zło znane, od nieznanego, umówiłam się z szefową na spotkanie w jej ulubionej kawiarni, i przy przesadnie drogim croissancie wyłożyłam swoją propozycję: chciałam pracować więcej, być odpowiedzialna za więcej i dostać umowę. Innymi słowy, zaproponowałam, żeby dała mi awans. W odpowiedzi dostałam.. wypowiedzenie. Burżua - westchnęłam w duchu i przewróciłam oczami. Tak oto wpadłam w ramiona państwa opiekuńczego.
Bezrobotni w Niemczech mają 99 problems but minimum socjalne ain’t one. Na opiekę społeczną przeznacza się tu ponad 30% produktu krajowego. W Berlinie, oprócz zasiłków, funkcjonuje system zniżek do których uprawnia legitymacja BerlinPass. Tańsze są: komunikacja publiczna, kultura (teatry, filharmonie, opery, koncerty); sport (baseny, lodowiska, członkostwo w związkach sportowych); wstęp do zoo, akwanarium, czy ogrodu botanicznego; karty biblioteczne, kształcenie we (wspomnianej w poprzedniej notce) Volkshochschule i w szkołach muzycznych.
Na bezrobociu czułam się trochę jak w sanatorium. Miałam mnóstwo wolnego czasu i duży wybór zajęć fakultatywnych. Czasem wydawało mi się to niezasłużoną ekstrawagancją. Na przykład wtedy, gdy przy kasie w Hamburger Bahnhof okazało się, że nie muszę płacić za bilet ani centa. (Nomen omen, wystawa, na którą się wtedy wybierałam nosiła tytuł Das Kapital).
Czy umożliwienie bezrobotnemu wejścia do jednego z największych muzeów sztuki współczesnej w Europie jest rzeczywiście zbytkiem i dekadencją?
[Część 1] [Część 2] [Część 4]

Komentarze
Prześlij komentarz