O życiu zawodowym, część ostatnia
W ramach utylizowania bonusów danych mi jako bezrobotnej, zapisałam się na kolejny kurs niemieckiego. Tym razem taki, którego treści dotyczyły wyłącznie tematu pracy: jej poszukiwania, prawa, norm etc. Kurs kończył się miesięcznym stażem. Zrobiłam go w warsztacie upcyclingowym.
Sprzedawane przeze mnie przedmioty były niewątpliwie lokalne i ręcznie robione. Wiem, bo byłam przy ich powstawaniu. Mój pracodawca miał talent do nadawania nowej funkcji śmieciom i sprzedawania ich. Razem stworzyliśmy lampę z części roweru i inną - z trąbki. Ze starych sejfów zmontowaliśmy kuchnię, którą zainstalowaliśmy następnie w mieszkaniu pewnego reżysera kina homo z Chicago (kreatywna scena gejowska to podobno najlepszy rynek zbytu dla surowego designu). Przez jakiś czas rozważałam pozostanie w branży: fantazjowałam o tym, że zostanę przedstawicielką wrocławskich designerów w Berlinie. Sprowadziłam nawet, i sprzedałam, fikuśny mebelek od jednego z wrocławskich artystów. Po ponad miesiącu warsztatu rzemiosła i paru rozmowach z różnymi agentami sztuki wiedziałam jednak, że to nie dla mnie.
Potem był kurs zarządzania bazami danych przestrzennych. Zapotrzebowanie na planistów w Berlinie rośnie, tych ze znajomością odpowiednich programów, zwłaszcza. Dzięki kolejnej sympatycznej usłudze urzędu pracy, ktoś pomógł w papierologii związanej z uznaniem mojego dyplomu. Nie wiem, czy zdecydowałabym się pociągnąć ten wątek, gdyby nie gorliwość urzędu, bo po studiach byłam bardziej straumatyzowana, niż zakochana w architekturze krajobrazu. (Wciąż zadaję sobie pytanie, was it me, or was it you, Uniwersytecie Przyrodniczy? Cóż, może jednak me, bo..). Rzeczony kurs nic nie zmienił w moim stosunku do komputerowej pracy z mapami. Szkolenie ukończyłam, strasznie się przy tym zmęczywszy. Załączyłam nowy certyfikat do CV i bez przekonania przystąpiłam do wysyłania listów motywacyjnych.
Szperając w ogłoszeniach przepuszczonych przez filtr green jobs, trafiałam na kilka ofert, dla których serce zabiło mi mocniej: rekontrukcja ogrodów historycznych, digitalizowanie mapy eko-projektów Brandenburgii, koordynacja prac w Centrum Sztuki i Urbanistyki, hortiterapia.
Jakkolwiek, jeszcze przez jakiś czas moje poszukiwania nie przynosiły oczekiwanych owoców, a Arbeitsagentur wydzwaniała z propozycjami typu: trzyzmianowa praca w magazynie tekstyliów. Moje morale poważnie podupadały. Wtedy przypadkiem usłyszałam o Bundesfreiwilligendienst - państwowym wolontariacie, realizowanym w zawodach związanych z ekologią, służbą społeczną lub kulturą. W bazie danych programu znalazłam instytucję, która oferuje hortiterapię zajęciową w Berlinie. Tego samego dnia wysłałam zgłoszenie. Po rozmowie kwalifikacyjnej i dniach próbnych miałam pewność, że dobrze trafiłam. Tydzień od wysłania zgłoszenia składałam podpis na umowie.
Od tamtego momentu wszystko potoczyło się dość szybko. Latem zaczęłam pracę w ogrodzie na skraju Grunewaldu. Jesienią poproszono mnie o zaprojektowanie terenu zielonego dla mojej firmy. Zimą projekt został oddany i przyklepany przez zarząd zieleni miejskiej. W tym samym czasie zwolnił się wakat w bliźniaczej, ogrodniczej grupie. Stanowisko - tym razem już nie w ramach wolontariatu - zaproponowano mnie.
Od roku, razem z trzema kolegami i kilkoma wolontariuszami pracuję z grupą 25 niepełnosprawnych dorosłych. Razem zakładamy i pielęgnujemy ogrody, obrabiamy i rozwozimy drewno kominkowe, suszymy zioła, sprzedajemy drzewka bożonarodzeniowe.. etc. To wdzięczne zajęcie: w ruchu, wśród drzew, ptaków i kwiatów. Z ludźmi. Ale jakimi! To są postaci, powiadam wam.
Mimo, że większość z nas ma żółte papiery, udaje nam się doprowadzać zlecenia do końca. Zarządzanie teamem pracowników, którzy zawieszają się na obserwacji motyla, mylą łopatę z motyką i nie panują nad swoimi emocjami wymaga specyficznych metod wykorzystana tzw. zasobów ludzkich. Jestem w tym całkiem niezła.
Mimo, że większość z nas ma żółte papiery, udaje nam się doprowadzać zlecenia do końca. Zarządzanie teamem pracowników, którzy zawieszają się na obserwacji motyla, mylą łopatę z motyką i nie panują nad swoimi emocjami wymaga specyficznych metod wykorzystana tzw. zasobów ludzkich. Jestem w tym całkiem niezła.
Zanim zdecydowałam się na tę pracę, jedyną moją obawą było, czy niepełnosprawność w takim natężeniu nie będzie dla mnie zbyt trudna i smutna. Tymczasem niemal codziennie tarzam się w pracy po ziemi ze śmiechu.

Komentarze
Prześlij komentarz