Hanami

Odkąd Iga wprowadziła się na osiedle chłopakom, centralnie, odwaliło. Czego ona im nie naobiecywała: że sprowadzi inwestorów, że wszystkim załatwi pracę, że zjadą się na Marcan bogaci emeryci z unijnych krajów premium, o Azjatach nie wspominając. Że życie na ośce im się odmieni. I jeszcze, że zrobi tak, żeby miasto za to wszystko zapłaciło. Tak im w głowach namieszała, że oddali jej swoją górkę. TĘ górkę, na której bawili się za dzieciaka w Waldschlacht, w której zaroślach na wagarach pili browary i bakali. Górkę, w której zakamarkach obściskiwali się z dziewczynami i u której stóp, nad stawem, nielegalnie łowili ryby.


Wierzyli jej. Nie protestowali, kiedy zapadały decyzje: o zmianie planu zagospodarowania przestrzennego i zniesieniu zakazu budowy, o 20-letniej dzierżawie, o rozpoczęciu prac budowlanych i otoczeniu wzgórza wysokim na dwa metry metalowym ogrodzeniem.
Przez następne 3 lata zamiast górki mieli plac budowy. Na stróżówce nikt nie chciał słyszeć o znajomości chłopaków z Igą. Teraz bujała się z facetami w krawatach z Grün Berlin, tymi od parków i ogrodów botanicznych, podobno mafia. Na pytanie, czemu nie wzięła do roboty ekipy tego czy innego z dzielni, Iga zasłaniała się aktówkami z napisem “Przetarg” i już jej nie było.


W końcu, wiosną 2017 wystawa doczekała się otwarcia. Owszem, zjechały się tłumy. W weekendy w Ubahnie nie było gdzie usiąść. Czasem na podwórko między bloki zabłąkał się jakiś spragniony autentycznej wschodnioberlińskiej wielkiej płyty turysta-urbanofil. Z kilkuset rozlosowanych biletów dla localsów, żaden nie trafił się im. Zresztą, wcale nie chcieli tam wchodzić. Krzaki, pod których osłoną robili tyle ekscytujących rzeczy, wykarczowano. Panoramę wzgórza przecięły stalowe kable kolejki linowej, z której wagoników wszystkie ich bazy widać było jak na dłoni. Jakby tego było mało, na szczycie postawiono gigantyczny, świecący w nocy punkt widokowy. Wolkenhein zawisł nad Kienbergiem jak wielka chmura. Ich dawnej miejscówki już nie było.
Kiedy w październiku wystawa wreszcie dobiegła końca, ogrodzenia rozmontowano, a z Marcanu wyjechały te pajace od zraszaczy na bluetootha i cizie poprzebierane za panią wiosnę, Kojle i Digger ustawili się jak za dawnych czasów, na południowym stoku, nieopodal rzeki.


Pierwszy na miejsce dotarł Kojle. Dotarł nie dotarł, bo zanim otworzył się przed nim znajomy prześwit w gęstwinie, coś dużego poruszyło się w ciemności. To musiał być jeleń - często je tu widywał. Zwykle uciekały w popłochu kiedy tylko zorientowały się, że ktoś się do nich zbliża.  Digger? - zawołał głośno na wszelki wypadek. Bez odpowiedzi. Coś zadudniło po jego lewej stronie. O wiele za blisko, jak na płochliwego jelenia. - Digger, du verfickter Scheißer ty chuju, co to za dziecinny żart? Zza jego pleców rozległ się jednostajny szum zakończony basowym pomrukiem. W samozachowawczym odruchu zaczął biec przed siebie, ale po paru krokach zaplątał się w bluszcz i upadł, uderzając piszczelem w betonowy fundament ogrodzenia.


***


W dolinie rzeki Wuhle będą pasły się zwierzęta hodowlane: konik dulmeński, czerwony wół wysokogórski, trzy wschodniopruskie owce Skudde i trzy owce Coburga. Gatunki te zagrożone są wymarciem. Według informacji podanych przez Franka Wasema, manadżera pastwisk w Gruen Berlin GmbH na terenach położonych wzdłuż rzeki Wuhle powstanie sześć zagród. Otoczy je płot o łącznej długości 4 km.

***


W nocy z 6 na 7 marca nieznani sprawcy ścięli w Ogrodach Świata 17 wiśni ozdobnych. Drzewa były podarunkiem od Japonii z okazji upadku muru Berlińskiego. Sprawcy posługiwali piłą spalinową.



Ciąg dalszy tutaj

Komentarze

Popularne posty